Kiedy zastanawiamy się nad tym, co miasto ma do zrobienia w sprawie bezdomnych zwierząt, to naturalną rzeczą, jaka przychodzi nam na myśl jest prowadzenie schroniska. Ale czy tylko?
W schronisku azyl powinny dostać zwierzęta, które często w dramatycznych okolicznościach straciły dom i swojego człowieka. Pamiętajmy jednak, że pobyt w schronisku, choćby działało perfekcyjnie, dla psa lub kota będzie zawsze traumą. Tutaj pojawia się ogromna rola, jaką mają do odegrania organizacje pozarządowe – w Pabianicach to moja Fundacja Kundel Bury i zaprzyjaźniona Grupa MiauczyKotek. Wolontariusze i wolontariuszki, oddają zwierzakom swoje serce, którego nigdy nie zapewni im instytucja. Miejskie schronisko, ale też Straż Miejska muszą być w większym stopniu otwarte na współpracę z nimi. Dziś bywa z tym niestety różnie.
Ale idźmy krok dalej. Społecznikom grozi wypalenie związane z tym, że ich praca nie ma końca. Są Syzyfami, których głaz zawsze ostatecznie stacza się w dół. Nie są w stanie pomóc każdemu zwierzęciu. Ich domy tymczasowe pękają w szwach. Psy i koty oczekujące na adopcję poupychane są u ich znajomych, znajomych znajomych, a miejsc zawsze brakuje. Jak przerwać tę samonapędzającą się kulę śniegową bezdomności?
Powiedzmy to sobie jasno – podstawową przyczyną bezdomności jest niekontrolowane rozmnażanie psów i kotów. Nie da się tego problemu rozwiązać bez miejskich programów czipowania, rejestracji i sterylizacji zwierząt, także właścicielskich. Miasto nie może bezczynnie czekać aż mieszkańcy sami zainteresują się tym tematem. Potrzebne są szerokie kampanie edukacyjne, ale też współfinansowane przez miasto, łatwo dostępne akcje czipowania i sterylizacji. W dłuższej perspektywie przyczyni się to nie tylko do ograniczenia cierpienia, ale też oszczędności wynikających ze zmniejszenia populacji bezdomnych zwierząt, którymi miasto będzie się musiało opiekować.
Magda Piechowska, zdjęcie https://pixabay.com/pl/users/annvsh08-5478194/